Zaskoczyła mnie dzisiaj angielska pogoda. Padało tak, że nikt nie zmusiłby mnie na plenerową sesję zdjęciową. Stałam więc przed lustrem, prawie gotowa do wyjścia i czułam się zawiedziona, jak małe dziecko.
Jednak zadałam sobie pytanie: a po jasną cholerę ja mam się ruszać z łazienki? Przecież to mój rewir, moja domowa autonomia, moje studio, mój buduar (po ostatniej sobocie zwłaszcza, kiedy to podczas imprezy niefortunie poległam na tutejszej leguminie, czy innym dziadostwie). Mało tego! Łazienka, a zwłaszcza wanna stały mi się bliskie z dwóch innych powodów. Mam takie zboczenie, że uwielbiam czytać na głos, a w łazienkach zawsze jest świetna akustyka. A ponieważ w moim domku nie można sobie w każdym kącie swobodnie poczynać, bo wszędzie, gdzie nie spojrzeć jakieś człeko- zalęgarnia się panoszy, to łazienka pozostaje terenem świętym, nietkniętym niechcianą stopą. No i dlatego taka nietypowa sesja. Zdjęcia są by my sister i są okropne. Zwłaszcza, że jak zwykle nie mogłam się powstrzymać i poprzerabiałam je, jak mogłam. Usprawiedliwie się tym, że nadal ciułam na nowy sprzęt.
To chyba tyle tytułem wstępu. ;P
Bluzeczkę kupiłam jakieś 4 miesiące temu w polskiej grzebalni za marne 25 złotych.
Buciki to nowy nabytek, 12 funciaków w PRIMARKU.
Miałam dzisiaj dobry nastrój na dziwactwa, słowotek euforyczny jeszcze mi nie przeszedł i życzę sobie i wam właśnie takich dni
———————-
Dzisiaj:
+ wspaniały film “Benny and Joon”
+ muzyka Coco Rosie (nagrywały pierwszą płytę w łazience
)
+ smakołyk: kanapki z białym serem i dżemem truskawkowym. Pycha!











